Narzeczony porzucił mnie z powodu skleroterapii

Już od czasów nastoletnich byłam wielbicielką pism dla kobiet i o modzie. Niektóre modelki były moim ideałem, dlatego dużo ćwiczyłam, dbałam o dietę i o swój wygląd już w gimnazjum. Kiedy stałam się starsza uznałam, że potrzebuję tej troski o siebie jeszcze bardziej.

Skleroterapia gwoździem do trumny

skleroterapiaMimo że zawsze o siebie dbałam, już przed trzydziestką okazało się, że potrzebuję jakiegoś zabiegu na twarz, bo miałam kurze łapki w kącikach oczu! Bardzo mi to przeszkadzało, ale narzeczony twierdził, że wyglądam ładnie. Mimo to postanowiłam, że coś z tym zrobię, a że kosmetologia nie jest mi obca, to szybko zdecydowałam się na kwas hialuronowy. Przez kilka miesięcy znów wyglądałam bardzo dobrze, ale potem zabieg trzeba było powtarzać. Po paru seriach postanowiłam skorzystać z czegoś trwalszego, jak laser frakcyjny, który podobno daje niesamowite efekty. Kosztował sporo, ale co tam. Nie mogłam przecież wyglądać brzydko! Po trzech seriach postanowiłam utrwalić efekty innym zabiegiem i zdecydowałam się na osocze bogatopłytkowe w Toruniu, chociaż narzeczony marudził, że to kupa kasy i skąd my tyle weźmiemy. Ale przecież mi to pomogło, więc było warto, prawda? Udało mi się go ugłaskać i przekonać, że przecież medycyna estetyczna to nie są korzenie wszelkiego zła, że przecież warto… Dopiero kiedy powiedziałam, że marzy mi się skleroterapia-Toruń na początki żylaków, jakie widziałam na swoich nogach, to się na mnie obraził. Powiedział, że przecież zbieramy na wesele, a ja na to, że muszę być piękną panną młodą! Nie rozumiał, dlaczego to jest dla mnie takie ważne.

W końcu poszłam na zabieg, ale kiedy wróciłam do domu, narzeczonego już nie było. Stwierdził, że mam wyjść za mąż za swojego lekarza z kliniki, to może mi da zniżkę, a on nie chce mnie znać. Jak na takiego buraka to podrzucił mi całkiem dobry pomysł!